Ruska
Veronika
*Akcja odbywa się w Stanach, w naszym nowym schronisku Dream Haven.
Styczniowy poranek. Gotowa do drogi zeszłam do kuchni i
zajrzałam do wypchanej powietrzem [ bo naturalnie zakupy stały się czynnością
zbędną ] lodówki. Westchnęłam i postanowiłam zjeść coś w przydrożnym barze czy
innym KFC. Wróciłam do pokoju po torbę, która swoją droga ważyła parę kilo, bo
przecież wszystko co znalazłam w pobliżu biurka może się przydać! A i jeszcze
kurtkę, zabrałam tez sweter bo w Oregonie jest chłodniej niż tutaj. Właśnie
wybieram się do Crater Lake w stanie Oregon. Dlaczego? Gdyż 3 postrzelone
koniary postanowiły założyć tam schronisko dla koni. I bardzo dobrze.
Wyszłam na podwórko owijając się tym całym dobytkiem i ruszyłam w stronę garażu. Było jeszcze szarawo, ale widoczność całkiem dobra. Otworzyłam wrota i zaczęłam szukać kluczyków. O rany, toż to czarna dziura jest…
-Hej. – Rzuciła przelotnie Magda i wsiadła do samochodu. Na chwilę przerwałam poszukiwania i spojrzałam za szybę.
-A… To Ty też jedziesz? Bo miałam być sama i…
-Hej Myszko! Gotowa? – Charlie entuzjastycznie wkroczył do pomieszczenia i się nadstawiał do buziaka chociaż w tej sytuacji prędzej dostałby prawego sierpowego.
Chwila na zaktualizowanie danych, potem nagle przypomniałam sobie, że kluczyki schowała do kieszeni kurtki i wyjęłam je udając, że dopiero co weszłam i od razu wiem gdzie są. Blondyn jakimś cudem wyrwał mi zdobycz i zamierzał usiąść za kierownicą. Pociągnęłam go za kurtkę i szybko usiadłam na fotelu. Potem się roześmiałam i spojrzałam na niego chcąc użyć hipnozy żeby oddał te głupie klucze. Problem był jeden, nie umiem używać hipnozy.
-No proszę daj mi je.- Uśmiechnęłam się czując, że to będzie długi dzień.
-Ale wiesz…. Pozabijasz nas.
-Nie dzisiaj, innym razem.
-Obiecujesz?
-Tak.
Z wielkim wahaniem podał mi je i usiadł obok. Odpaliłam auto (biały 2000 SsangYong Rexton ) i zaczęłam cofać w dość szybkim tempie. Poczuliśmy uderzenie.
-Może dobrze byłoby najpierw otworzyć drzwi? – Zapytała Magdalena.
-Były otwarte…
Dobrze, że stajenni znają moje zapędy i za wewnętrznej stronie drzwi przymocowali materace. Także samochodzik, przeżył. Chwilę potem byliśmy już w drodze, zatrzymaliśmy się na jednej ze stacji na śniadanie. Dobrze, ze się nie odchudzam, bo mieli genialne zapiekanki ;D
Kilka godzin później przywitał nas znak w stylu „Witaj w Crater Lake, cieszymy się, że jesteś z nami!” Hura… Tez bardzo się ucieszyliśmy z takiego powitania i mknęliśmy prawie według przepisów.
Szybko znaleźliśmy drogę do schroniska, które było położone trochę na odludziu, żeby miało duże łąki tylko dla siebie. Okolice cudowne i generalnie raj na Ziemi. Zaparkowałam i wysiedliśmy rozglądając się z zaciekawieniem. Widziałam, że ekipa ML już się zjawiła bo samochód stał kilkanaście metrów dalej. Pytanie: gdzie oni poleźli?
Wyszłam na podwórko owijając się tym całym dobytkiem i ruszyłam w stronę garażu. Było jeszcze szarawo, ale widoczność całkiem dobra. Otworzyłam wrota i zaczęłam szukać kluczyków. O rany, toż to czarna dziura jest…
-Hej. – Rzuciła przelotnie Magda i wsiadła do samochodu. Na chwilę przerwałam poszukiwania i spojrzałam za szybę.
-A… To Ty też jedziesz? Bo miałam być sama i…
-Hej Myszko! Gotowa? – Charlie entuzjastycznie wkroczył do pomieszczenia i się nadstawiał do buziaka chociaż w tej sytuacji prędzej dostałby prawego sierpowego.
Chwila na zaktualizowanie danych, potem nagle przypomniałam sobie, że kluczyki schowała do kieszeni kurtki i wyjęłam je udając, że dopiero co weszłam i od razu wiem gdzie są. Blondyn jakimś cudem wyrwał mi zdobycz i zamierzał usiąść za kierownicą. Pociągnęłam go za kurtkę i szybko usiadłam na fotelu. Potem się roześmiałam i spojrzałam na niego chcąc użyć hipnozy żeby oddał te głupie klucze. Problem był jeden, nie umiem używać hipnozy.
-No proszę daj mi je.- Uśmiechnęłam się czując, że to będzie długi dzień.
-Ale wiesz…. Pozabijasz nas.
-Nie dzisiaj, innym razem.
-Obiecujesz?
-Tak.
Z wielkim wahaniem podał mi je i usiadł obok. Odpaliłam auto (biały 2000 SsangYong Rexton ) i zaczęłam cofać w dość szybkim tempie. Poczuliśmy uderzenie.
-Może dobrze byłoby najpierw otworzyć drzwi? – Zapytała Magdalena.
-Były otwarte…
Dobrze, że stajenni znają moje zapędy i za wewnętrznej stronie drzwi przymocowali materace. Także samochodzik, przeżył. Chwilę potem byliśmy już w drodze, zatrzymaliśmy się na jednej ze stacji na śniadanie. Dobrze, ze się nie odchudzam, bo mieli genialne zapiekanki ;D
Kilka godzin później przywitał nas znak w stylu „Witaj w Crater Lake, cieszymy się, że jesteś z nami!” Hura… Tez bardzo się ucieszyliśmy z takiego powitania i mknęliśmy prawie według przepisów.
Szybko znaleźliśmy drogę do schroniska, które było położone trochę na odludziu, żeby miało duże łąki tylko dla siebie. Okolice cudowne i generalnie raj na Ziemi. Zaparkowałam i wysiedliśmy rozglądając się z zaciekawieniem. Widziałam, że ekipa ML już się zjawiła bo samochód stał kilkanaście metrów dalej. Pytanie: gdzie oni poleźli?
- O, jesteś! – zawołałam z otwartej ujeżdżalni, na
której teraz pracowałam z Sicretem – wspaniały skoczek, jednak porzucony.
Rey uśmiechnął się do Magdy, która wraz z Russ przyjechała do schroniska. Potem cała nasza załoga oprócz Ani i Sabiny przywitali się z rudą. - A… przywieźliście jakieś konie? – zapytała Camillie, pracowniczka schroniska. - Tak. – odparła Zuza. – W sumie 4. Jeden to Hanower Veroniki, El Presidente, drugi to holsztyn Vision Express, araba MPA Sicily i takiego Clintona – podobna historia do Secreta. No i labradora i dwa koty. – uśmiechnęła się dziewczyna, wskazując na moją ferajnę kłócącą się pomiędzy moimi nogami. - Super. – odpowiedział Ciro, 23 hiszpan z uśmiechem po swoim ojczystym języku. Jess westchnęła i zapatrzyła się w Ciro. ;D - Nie martw się, jeszcze tu przyjedziesz! – powiedziała Tosi śmiejąc się ;D
Ustaliliśmy, że wszyscy oprócz mnie, Zuzy, Camillie i
Jess idą coś porobić, a my pracujemy z końmi ;D Ja: oczywiście Prez, Camillie
wsiądzie na Visiona – ma duże doświadczenie w pracy z końmi, do tego przez 2
lata jeździła ujeżdżaniowo, Zuz na Scilly, no i oczywiście Jessica na
Clintonie – wybieramy się na coś w stylu otwartej ujeżdżalni, tylko
trawiastej. Jest większa niż hala, przystosowana do… no nie wiem, może do
oswajania mustanga? Chyba. Są tak normalnie drążki, przeszkody itd. Była nas
czwórka, dlatego to też tam idziemy. Dokończyłam sesję z Secret’em i
ruszyliśmy do stajni po siodła (i oczywiście konie ;D).
Właśnie stępowaliśmy, gdy przyszedł Rey oczywiście z
Magdą, a jakby nie inacej ;D
- Ej, Ver nie zapomniałaś przypadkiem siodła? –
zapytał się chłopak uśmiechając się.
- Rey, gadaj co chcesz. – odpowiedziałam.
- Bo wiesz… - zaczął cicho. – Magda zostaje też
jutro, a my już jedziemy, to może moglibyśmy zostać jeszcze jeden dzień
tutaj? Anka i Sabora sobie poradzą. – powiedział rumieniąc się.
- A co, gołąbki muszą mieć czas, żeby się całować? –
powiedziała złośliwie Zuz (no ba, ma swojego mistrza ;D) i wystawiła język
chłopakowi.
Rey odwzajemnił gest i zarumienił się jeszcze
bardziej.
- To… - zaczęła Magda. – mogą zostać?
- No jak już musicie no… - odpowiedziałam i
przewróciłam oczami, po czym wszyscy wybuchliśmy śmiechem.
Konie były już gotowe na kłus, więc wydałam
polecenie i ruszyliśmy szybszym chodem. Porobiliśmy troszkę wolt i zmian
kierunku i, jak to Pan Prezydent, musiał się popisać i odstawił przepiękny
pasaż.
- No wiem, że tęsknisz za zawodami… - powiedziała
szeptem do kasztanka i poklepałam go, wzdychając głośno.
Cały czas obwiniałam siebie za wypadek, który
spotkał nas na torze crossowym i cały czas miałam wyrzuty sumienia, że gdyby
to się nie stało, Prezek mógłby teraz cieszyć się wygranymi na zawodach. Jednak
z racji tej, że nigdy nie wróci już na tor crossowy, ani do większych skoków
niż 90cm, był jakby w ciągłej pułapce – i to z mojej winy. A on nie byłby
zadowolony z wygrania jakiegoś lokalnego konkursu niskich klas, jak przecież
występował na Olimpiadzie.
Zatopiłam się w myślach i nawet nie zauważyłam, że
kręcimy się kłusem w kółko przez 5 minut.
- Vera, wszystko w porządku? – zapytała się Ruska,
która stała przy ogrodzeniu.
- Tak, tak. – odparłam pospiesznie. – To galop. –
powiedziałam ponuro.
Mijaliśmy właśnie małe wzgórze, dosłownie 30
centymetrów nasypanej ziemi i ubitej, obrośniętej trawą, gdy nagle Prez
zatrzymał się gwałtownie i wykonał zwrot o 180 stopni i popędził w drugą
stronę. Po chwili odzyskałam panowanie nad kasztankiem i zatrzymałam się przy
Russ, znaczy tylko na jakąś sekundę… Prezek znowu odpalił. Pozwoliłam mu się
wygalopować i po minucie przeszłam do stępa.
- Może już stęp, co? – zaproponowałam.
- A… ja liczyłam na skoki – powiedziała smutno
Camillie, siedząca na Visione. – To potomek takiego wspaniałego konia… Chciałam
zobaczyć, jak skacze, no ale już do stępa.
- Dobrze, skoczymy raz coś małego. Ale teraz stęp.
Dziewczyna potaknęła i nastąpiła cisza. Dłuuuuuuuuuuga
cisza. Pięciominutowa cisza.
- Dobra, to może skoczymy tą pięćdziesiątkę i
starczy? – Camillie wskazała na małą przeszkodę na środku wybiegu.
Ruszyłam do galopu i wygięłam szyję Prezka (z dobrą
intencją), aby nie widział wzgórka. Gdy minęliśmy go wyprostowałam głowę
ogiera i skoczyliśmy z dużym marginesem bardzo płynnie – Prezunio to
uwielbia. No cóż, ale to koniec, mój kochany.
Camillie przeskoczyła z Visionem, ale jakby to
powiedzieć… Bardzo profesjonalnie ;D Poklepałam mojego kasztanka i pomyślałam
z nadzieją, że może zdarzy się cud i Prez znowu będzie mógł skakać.
- Mogę jeszcze raz? – zapytałam cicho.
- Jasne. – odparła Russ. – A nie chcesz wyżej
troszkę?
Dziewczyna weszła powoli na wybieg i bardzo wolno
poruszała się, bo wiedziała, że Prez jest poddenerwowany na jej widok. Podwyższyła
do 70cm i skinęła głową.
Zagalopowałam i skierowałam Prezka na przeszkodę. Był
on bardzo rozluźniony, nie sztywny jak w kłusie. Przeskoczył z dużym
marginesem i po przeszkodzie strzelił sobie wesołego baranka. Zaśmiałam się i
poklepałam go.
- To dam 75. – powiedziała Russ uśmiechając się.
Tak samo Prezek przeskoczył przeszkodę i parsknął po
niej z wyraźnym zadowoleniem.
- To metr i koniec! – powiedziała ruda z jeszcze
większym uśmiechem.
Nakierowałam kasztanka na przeszkodę i płynnie przeskoczyliśmy
ją. Przeszłam do stępa i oddałam wodze Prezkowi.
- Ja nie wierzę. – odparłam patrząc się na Ruskę. –
I to wszystko dzięki Tobie i Mi – odpowiedziałam promiennie.
Nachyliłam się i pocałowałam Prezka w jego muskularną
szyję.
- Uwierzyłaś w nas. – powiedziałam.
Nastąpiła chwila ciszy, po czym odezwała się Rusi.
- Myślę, że znalazłby się sposób, abyście mogli
znowu skakać. – zaczęła. – On jest do tego stworzony, ty też. Nie można tego
zmarnować. – powiedziała. – Są takie rzeczy w życiu, które musimy robić.
„Są takie rzeczy w życiu, które musimy robić.” –
powtórzyłam to zdanie w myśli. Zeszłam z ogiera i zaczęłam prowadzić go do
stajni, a reszta jeźdźców zrobiła to samo.
Odpinałam podgardle, gdy Ruska oparta o drzwi boksu
powiedziała.
- On cały czas ma wspomnienia tego wypadku… -
ucichła na chwilę. – Dobrze pamięta to. Wie, że ja tam wtedy byłam przy Tobie
i wszystko mu to przypomina. – powiedziała. – Musicie wrócić do skoków.
Musicie.
Popatrzyłam się na dziewczynę, a potem na głowę
Prezka, który właśnie szturchnął mnie w ramię.
- Och, Prezek, zrobię wszystko, żebyśmy mogli znowu
skakać. - powiedziałam ściszonym głosem. – Dla Ciebie. – i pocałowałam go w
łeb.
Zorientowałam się, że wszyscy już w domu, w końcu
już dziewiąta wieczór.
- Jeszcze z nim zostanę. – powiedziałam do
dziewczyny.
- Dobrze. – uśmiechnęła się. – Jak tylko przyjdź do
domu.
Odwróciła się i poszła, a ja wyciągnęłam kartkę i
zaczęłam na niej grazmolić, co trzeba kupić.
- 3 olejki na bazie kwiatów, ta maść, i jeszcze to… -
myślałam głośno.
Siadłam obok nóg ogiera i mówiłam do niego.
- Skarbie, do domu już trzeba iść. – usłyszałam głos
Matt’a.
Wstałam i podeszłam do niego. Poklepałam Prezka i
wyszłam z boksu wraz z chłopakiem. Siedliśmy na jakiejś ławce w stajni i
zaczęliśmy rozmawiać.
- Pomożemy mu. – stwierdził Matt, po czym zaczął
mnie całować.
Minęły dobre chwile, gdy nagle usłyszałam odgłos
biegu i chichot. No tak… Obstawiamy. Ruska? Oj kochana, trzeba sobie założyć czyste
buty, które nie zastawiają śladów.
- A co tam. – uśmiechnęłam się i pocałowałam
chłopaka.
- Zaraz przyjedziesz, tak? – powiedział po paru
minutach Matt wstając.
- Tak. – odparłam z uśmiechem i jeszcze raz
pocałowałam chłopaka.
Poszedł i siedziałam chwilę sama, dopóki nie
przyszła Russ. Siadła obok mnie.
- Ty… - powiedziała śmiejąc się i szturchnęła mnie. –
No tak, tak, w końcu to twój narzeczony. – zaczęłyśmy się śmiać.
Nastała cisza.
- To co, babski terenik? – zaproponowała Russ ze
specyficznym uśmiechem na twarzy…
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz