Jakoś dzisiejsza atmosfera nie przyciągnęła dużo osób do
stajni. Poza mną, Zuzą, Matt’em, Amy i Rey’em nie było nikogo. I jeszcze
Camillie i Tony byli, oni to na stałe w stajni.
- Cześć. – powiedziałam wchodząc do salonu, gdzie urzędowali
wszyscy. – Ładną dziś mamy pogodę, prawda?
- Tak, tak. – odpowiedziała Zuza.
Otworzyłam lodówkę i spodziewałam się, że zobaczę pustkę, a
tu jednak było na odwrót! Cud, prawda? Odwróciłam się i spojrzałam na
wszystkich zebranych ze zdziwieniem.
- No byłem wczoraj z Magdą na mieście, to coś kupiliśmy. –
odpowiedział Rey.
Uśmiechnęłam się delikatnie i porwałam jakiegoś sandwicha i
poszłam do stajni. Prez, Casi i Lucek wyciągnęli łby i rżeli wesoło, włączając
w to Lucka, który próbował wystawić swoją mądrą główkę przez kraty boksu, jednak
jest chyba tyci za mały. Uwielbiam ten widok.
Chwyciłam za siodło pana Prezydenta i ogłowie bez wędzidłowe
i po chwili jechaliśmy już w pięknych terenach Crater Lake.
*Tymczasem w stajni z perspektywy Zuzy
- To co robimy? – zapytałam. –
Konie trzeba by było ruszyć. Chociaż te z ADHD.
- To na pewno Sicily, Raginga, Clintona,
wyścigowce i Adrenalina. I Shi! Reszta może iść na pastwiska. – powiedziała Amy.
– Mogę wziąć Sicily? To tak kochany koń, a już za niedługo…
- To ja wezmę Adrenalina na
lonże. – zaoferował się Rey.
Właśnie w tej chwili przyjechał
Luke i dosłownie sekundę po Jess, Sabina, Tosi i Ryan i Magda. Przywitaliśmy
się z nimi, ale nikt specjalnie nie miał humoru. Po chwili ustaliliśmy tak:
Sicily – Amy, Flor
Rey – Adrenalinarz
Zuza – Raging i lonża z Casim
Matt – Sheila
Luke – Robal
Ryan – Saint, potem Flora
Jess – Clinton
Tosi – Jumper
Sabina – Carisma i Carri
Magda – Veronica
Oczywiście, zanim wszyscy zdążyli
przygotować konie do jazd itd. To Camillie miała jeszcze wziąć Secreta na
naturala. Ghoastkę zostawimy Verze, jak w ogóle kiedyś wróci.
*Po przyjeździe Veroniki, gdy prawie wszystkie jazdy zostały zamknięte.
- O! Widzę, że poradzicie sobie
beze mnie. – uśmiechnęłam się lekko do Zuzy, która jeździła na Ragingu małe
ujeżdżanie wraz z Sabiną na Carrim i Matt’em na Shi.
Westchnęłam i zapatrzyłam się na
mojego arabskiego kasztanka, który właśnie wykonywał cudny pasaż. Wszystkie
jego ruchy w ujeżdżaniu były takie płynne, naturalne…
Dodałam łydek Prezkowi i
podeszliśmy do drugiego wybiegu, na którym Tosi z Jumperem właśnie skakali metr
z Magdą i Veronicą.
- Mogę się przyłączyć? –
zapytałam. – Myślę, że po tygodniu masowania nóg różnymi olejkami Prezek będzie
mógł troszkę poskakać. – uśmiechnęłam się.
Dziewczyny zgodziły się i
wjechałam z kasztankiem do środka. Był występowany po terenie, nie
galopowaliśmy dużo, więc możemy coś małego poskakać. Skierowałam najpierw na
50cm ogiera, potem na 75 obok i na metr, przez który przed chwilą dziewczyny
skakały. Gdy przeszłam do stępa skoczyły jeszcze raz największą przeszkodę i
również przeszły do wolniejszego chodu. Rozsiodłałyśmy konie i każda zajęła się
swoimi zajęciami.
Ja jednak dowiedziałam się, że
specjalnie dla mnie zostawili Ghoastkę – dziką klacz, która całe swoje życie spędziła
z ogierem, którego nie znaleźliśmy. Zapędzili ją dzisiaj rano na najmniejsze
pastwisko, abym mogła przeprowadzić z nią technikę join-up. Chociaż spróbować.
Bardzo się cieszę, że będę miała okazję popracować z mustangiem – nigdy jeszcze
nie miałam okazji. Znaczy wcześniej z nią pracowałam, ale to tylko tak, że
wchodziłam na chwilkę, aby przyzwyczaiła się do mojej obecności.
Klacz właśnie pasła się, lecz
cały czas była czujna. Gdy otworzyłam bramkę od pastwiska od razu uciekła do
przeciwległego konta.
- Nie będzie łatwo, ale damy
radę. – powiedziałam sobie w myślach i machnęłam lonżą.
Klacz ruszyła galopem wokół ogrodzenia.
Nie bała się, ale widać było, że nie jest rozluźniona.
***
Minęła dobra godzina, a Ghoastka nie
dawała znaków zmęczenia ani chęci kontaktu. Nadal galopowała po pastwisku, już
bardziej rozluźniona. Mijały kolejne godziny, aż nagle klacz powoli zaczynała
opuszczać łeb. Odwróciłam się i spuściłam wzrok na trawę. Ghoastka stanęła i
chwilę mi się przyglądała, ale po chwili zrobiła kilka kroków w moją stronę i
ponownie stanęła.
- Na dzisiaj wystarczy, kochana. –
uśmiechnęłam się do klaczy, po czym ostrożnie wycofałam się jako nagrodę dla
klaczy i wyszłam.
Miałam naprawdę dobry humor i
zapomniałam, że to dzisiaj wyjeżdżam ze Stanów do Austrii. Tak, tak – dostałam tam
pracę. Ogólnie to jako trenerka, ale czasem będę też trenowała jakieś konie. Biorę
ze sobą oczywiście Prezka, Shi i Lucka. Resztę, niestety – muszę zostawić…
Zdałam sobie sprawę, że jest już
prawie trzecia. A miałam jeszcze spędzić trochę czasu z Cassim i Carrim… Na
pewno da się coś zdziałać. Wyciągnęłam ich z pastwisk i puściłam na otwartą
ujeżdżalnie. To co – pobawimy się w berka albo chowanego?
Odprowadziłam kolegów do stajni,
aby trochę wypili wody z uśmiechem na twarzy. Nic nie może równać się z zabawą
z końmi w chowanego! To przynosi tyle radości ;D
Ruszyłam w stronę salonu podskakując
wesoło. W biegu ściągnęłam buty i kurtkę, po czym wpadłam do salonu.
- Ghoastka zrobiła w moją stronę
kilka kroków! – krzyknęłam promiennie.
Cała załoga była już w stajni. Od
razu wtedy przypomniało mi się, że wyjazd czeka. No tak, przecież. Usadowiłam
się obok Zuzy i Amy. Zapadła cisza.
- Kochani. – zaczęłam. – Świat się nie kończy.
Na pewno każdy z Was znajdzie jakieś swoje miejsce na ziemi takie jak Mustang, a
może nawet i lepsze. – powiedziałam. – Na razie, póki konie nie są jeszcze
sprzedane, proszę Was, abyście jeszcze zostali. – uśmiechnęłam się lekko.
Zapadła cisza.
- Ile mamy jeszcze czasu? –
zapytała Sabina.
- Vera ma lot na 20:30 –
odpowiedział Matt.
Popatrzyłam się na wszystkich. Też
im jest ciężko, dla nich Mustang to był dom.
- Ja już w sumie znalazłam sobie
miejsce… - powiedziała Amy.
- To super! – uśmiechnęłam się. –
A mogę wiedzieć gdzie?
- W Liderze z Sam’em. I z Charlotte,
I Luke i Ryanem. – odpowiedziała cicho.
Trochę mnie to zaskoczyło, ale
nic – dobrze, że to tam, a nie gdzie indziej.
- A ja z Sabiną, Dylanem, Harrym i
Jess do Rosewood. – powiedziała Ania.
- No nic. – powiedziałam. –
Super, że już wiecie, gdzie pójdziecie.
Chwilę później musiałam już iść
przygotowywać konie do podróży.
***
Konie stały już w przyczepie i
nastąpiła część żegnania… Pierwsza było Tosi.
- Kochana, ja Ci życzę, abyś z
Jumperem daleko zaszła, a zajdziesz. – powiedziałam.
- A ja co ci życzę? –
powiedziała. – Trzymaj się tam bez nas, oby ci było dobrze w Austrii. – i przytuliła
mnie.
Kolejna… Magda.
- Madzia. – popatrzyłam jej się
prosto w oczy. – Masz wspaniałego konia, wspaniale jeździsz, daleko zajdziecie,
jeśli nie będziecie się poddawać. I niech Ci będzie dobrze w stajni w Polsce. –
uśmiechnęłam się.
- A ty Vera bądź szczęśliwa tam,
gdzie będziesz, żeby Prez mógł dalej skakać i mam nadzieję, że za 4 lata w Rio będę
mogła Cię oglądać. – uśmiechnęła się, po czy ja się zaśmiałam.
- Może, może… - odpowiedziałam
uśmiechnięta. – Jeśli wszystko wypali. W każdym bądź razie jeśli pojedziemy, to
na pewno się spodkami! – przytuliłam dziewczynę, i gdy odeszła, łza poleciała
mi po policzku.
I Sabina. Tutaj nie musiałam nic
mówić, po prostu przytuliłam ją i rozpłakałam się.
- Trzymaj się. – powiedziała i
poklepała mnie po plecach.
- Niech Ci będzie dobrze w
Rosewood, to wspaniała stajnia. – powiedziałam.
Otarłam łzy z policzka.
- Vera, trzymaj się tam w Austrii
i trenuj z Prezkiem. – powiedziała Jess, której po policzkach pociekły łzy. –
Spotkamy się jeszcze na jakiś zawodach, zobaczysz.
- Clinton da radę, tylko musicie
w to uwierzyć. Daj znać, jak będzie lepiej. Może uda mi się przyjechać na
jakieś Wasze zawody. – uśmiechnęłam się przez zaszklone oczy.
I Amy i Sam. Tutaj nie potrzeba
słów. Teraz rozpłakałam się już nie na żarty. Przytuliliśmy się bez słów.
- Trzymaj się jakoś. –
powiedziała Amy.
- Zobaczysz, wszystko się ułoży. –
uśmiechnął się Sam, próbując mnie pocieszyć i gdy odeszli, przytulił dziewczynę,
która płakała. Tak – stajnia to wielka rodzina.
- Rey. – powiedziałam. – Tobie sukcesów
z Pamką, żebyś znalazł jakąś stajnię, w której oboje będziecie się czuli
dobrze. – powiedziałam i przytuliłam chłopaka.
Potem jeszcze Charlotte, Luke,
Dylan, Harry i Ryan… Już wsiadałam do auta, aż tu nagle znajoma bryka wjechała na
podjazd.
- Russ? – zapytałam Matt’a, który
chwycił kluczyki od stacyjki ze zdziwieniem.
Ostatnio się pokłóciłyśmy i nie
było z nami dobrze i dlatego nie spodziewałam się, że przyjedzie. Obie
wysiadłyśmy z auta i popatrzyłyśmy na siebie bez słowa, po czym podbiegłyśmy do
siebie i rozpłakałyśmy się.
- A jednak przyjechałaś. –
powiedziałam po chwili dalej w objęciu dziewczyny.
- A jak mogłam nie przyjechać? –
powiedziała. – Byłaś dla mnie jak siostra.
- Naprawdę? – spojrzałam przez
oczy pełne łez.
- Tak. – odpowiedziała i jeszcze
raz mnie przytuliła.
Po chwili wsiadłam do auta, a
Matt odpalił auto. Pomachałam wszystkim na pożegnanie i znowu łzy pociekły mi po
policzkach.
- Matt, czemu w życiu wszystko
musi być takie trudne? – zapytałam go płacząc.
- Zawsze czekają na nas zmiany, ale
zawsze mają one pozytywny skutek. Widocznie miałaś teraz zamknąć stajnię, bo po
miesiącu mogło się coś stać. – powiedział.
- Też tak czułam, i to jeden z
powodów, z którym to zrobiłam.
Odwróciłam się i jeszcze raz spojrzałam
na piękny krajobraz Crater Lake oraz oddaloną stajnie, gdzie duża grupka ludzi
cały czas stała i wpatrywała się w oddal i usłyszałam rżenie. Konie też wiedzą, co się dzieje. A więc czas na zmiany, które będą
miały pozytywny skutek…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz