niedziela, 3 lutego 2013

Pożegnania 03.02.2013



Jakoś dzisiejsza atmosfera nie przyciągnęła dużo osób do stajni. Poza mną, Zuzą, Matt’em, Amy i Rey’em nie było nikogo. I jeszcze Camillie i Tony byli, oni to na stałe w stajni.
- Cześć. – powiedziałam wchodząc do salonu, gdzie urzędowali wszyscy. – Ładną dziś mamy pogodę, prawda?
- Tak, tak. – odpowiedziała Zuza.
Otworzyłam lodówkę i spodziewałam się, że zobaczę pustkę, a tu jednak było na odwrót! Cud, prawda? Odwróciłam się i spojrzałam na wszystkich zebranych ze zdziwieniem.
- No byłem wczoraj z Magdą na mieście, to coś kupiliśmy. – odpowiedział Rey.
Uśmiechnęłam się delikatnie i porwałam jakiegoś sandwicha i poszłam do stajni. Prez, Casi i Lucek wyciągnęli łby i rżeli wesoło, włączając w to Lucka, który próbował wystawić swoją mądrą główkę przez kraty boksu, jednak jest chyba tyci za mały. Uwielbiam ten widok.
Chwyciłam za siodło pana Prezydenta i ogłowie bez wędzidłowe i po chwili jechaliśmy już w pięknych terenach Crater Lake.
*Tymczasem w stajni z perspektywy Zuzy
- To co robimy? – zapytałam. – Konie trzeba by było ruszyć. Chociaż te z ADHD.
- To na pewno Sicily, Raginga, Clintona, wyścigowce i Adrenalina. I Shi! Reszta może iść na pastwiska. – powiedziała Amy. – Mogę wziąć Sicily? To tak kochany koń, a już za niedługo…
- To ja wezmę Adrenalina na lonże. – zaoferował się Rey.
Właśnie w tej chwili przyjechał Luke i dosłownie sekundę po Jess, Sabina, Tosi i Ryan i Magda. Przywitaliśmy się z nimi, ale nikt specjalnie nie miał humoru. Po chwili ustaliliśmy tak:
Sicily – Amy, Flor
Rey – Adrenalinarz
Zuza – Raging i lonża z Casim
Matt – Sheila
Luke – Robal
Ryan – Saint, potem Flora
Jess – Clinton
Tosi – Jumper
Sabina – Carisma i Carri
Magda – Veronica

Oczywiście, zanim wszyscy zdążyli przygotować konie do jazd itd. To Camillie miała jeszcze wziąć Secreta na naturala. Ghoastkę zostawimy Verze, jak w ogóle kiedyś wróci.
*Po przyjeździe Veroniki, gdy prawie wszystkie jazdy zostały zamknięte.
- O! Widzę, że poradzicie sobie beze mnie. – uśmiechnęłam się lekko do Zuzy, która jeździła na Ragingu małe ujeżdżanie wraz z Sabiną na Carrim i Matt’em na Shi.
Westchnęłam i zapatrzyłam się na mojego arabskiego kasztanka, który właśnie wykonywał cudny pasaż. Wszystkie jego ruchy w ujeżdżaniu były takie płynne, naturalne…
Dodałam łydek Prezkowi i podeszliśmy do drugiego wybiegu, na którym Tosi z Jumperem właśnie skakali metr z Magdą i Veronicą.
- Mogę się przyłączyć? – zapytałam. – Myślę, że po tygodniu masowania nóg różnymi olejkami Prezek będzie mógł troszkę poskakać. – uśmiechnęłam się.
Dziewczyny zgodziły się i wjechałam z kasztankiem do środka. Był występowany po terenie, nie galopowaliśmy dużo, więc możemy coś małego poskakać. Skierowałam najpierw na 50cm ogiera, potem na 75 obok i na metr, przez który przed chwilą dziewczyny skakały. Gdy przeszłam do stępa skoczyły jeszcze raz największą przeszkodę i również przeszły do wolniejszego chodu. Rozsiodłałyśmy konie i każda zajęła się swoimi zajęciami.
Ja jednak dowiedziałam się, że specjalnie dla mnie zostawili Ghoastkę – dziką klacz, która całe swoje życie spędziła z ogierem, którego nie znaleźliśmy. Zapędzili ją dzisiaj rano na najmniejsze pastwisko, abym mogła przeprowadzić z nią technikę join-up. Chociaż spróbować. Bardzo się cieszę, że będę miała okazję popracować z mustangiem – nigdy jeszcze nie miałam okazji. Znaczy wcześniej z nią pracowałam, ale to tylko tak, że wchodziłam na chwilkę, aby przyzwyczaiła się do mojej obecności.
Klacz właśnie pasła się, lecz cały czas była czujna. Gdy otworzyłam bramkę od pastwiska od razu uciekła do przeciwległego konta.
- Nie będzie łatwo, ale damy radę. – powiedziałam sobie w myślach i machnęłam lonżą.
Klacz ruszyła galopem wokół ogrodzenia. Nie bała się, ale widać było, że nie jest rozluźniona.
***
Minęła dobra godzina, a Ghoastka nie dawała znaków zmęczenia ani chęci kontaktu. Nadal galopowała po pastwisku, już bardziej rozluźniona. Mijały kolejne godziny, aż nagle klacz powoli zaczynała opuszczać łeb. Odwróciłam się i spuściłam wzrok na trawę. Ghoastka stanęła i chwilę mi się przyglądała, ale po chwili zrobiła kilka kroków w moją stronę i ponownie stanęła.
 - Na dzisiaj wystarczy, kochana. – uśmiechnęłam się do klaczy, po czym ostrożnie wycofałam się jako nagrodę dla klaczy i wyszłam.
Miałam naprawdę dobry humor i zapomniałam, że to dzisiaj wyjeżdżam ze Stanów do Austrii. Tak, tak – dostałam tam pracę. Ogólnie to jako trenerka, ale czasem będę też trenowała jakieś konie. Biorę ze sobą oczywiście Prezka, Shi i Lucka. Resztę, niestety – muszę zostawić…
Zdałam sobie sprawę, że jest już prawie trzecia. A miałam jeszcze spędzić trochę czasu z Cassim i Carrim… Na pewno da się coś zdziałać. Wyciągnęłam ich z pastwisk i puściłam na otwartą ujeżdżalnie. To co – pobawimy się w berka albo chowanego?
Odprowadziłam kolegów do stajni, aby trochę wypili wody z uśmiechem na twarzy. Nic nie może równać się z zabawą z końmi w chowanego! To przynosi tyle radości ;D
Ruszyłam w stronę salonu podskakując wesoło. W biegu ściągnęłam buty i kurtkę, po czym wpadłam do salonu.
- Ghoastka zrobiła w moją stronę kilka kroków! – krzyknęłam promiennie.
Cała załoga była już w stajni. Od razu wtedy przypomniało mi się, że wyjazd czeka. No tak, przecież. Usadowiłam się obok Zuzy i Amy. Zapadła cisza.
 - Kochani. – zaczęłam. – Świat się nie kończy. Na pewno każdy z Was znajdzie jakieś swoje miejsce na ziemi takie jak Mustang, a może nawet i lepsze. – powiedziałam. – Na razie, póki konie nie są jeszcze sprzedane, proszę Was, abyście jeszcze zostali. – uśmiechnęłam się lekko.
Zapadła cisza.
- Ile mamy jeszcze czasu? – zapytała Sabina.
- Vera ma lot na 20:30 – odpowiedział Matt.
Popatrzyłam się na wszystkich. Też im jest ciężko, dla nich Mustang to był dom.
- Ja już w sumie znalazłam sobie miejsce… - powiedziała Amy.
- To super! – uśmiechnęłam się. – A mogę wiedzieć gdzie?
- W Liderze z Sam’em. I z Charlotte, I Luke i Ryanem. – odpowiedziała cicho.
Trochę mnie to zaskoczyło, ale nic – dobrze, że to tam, a nie gdzie indziej.
- A ja z Sabiną, Dylanem, Harrym i Jess do Rosewood. – powiedziała Ania.
- No nic. – powiedziałam. – Super, że już wiecie, gdzie pójdziecie.
Chwilę później musiałam już iść przygotowywać konie do podróży.
***
Konie stały już w przyczepie i nastąpiła część żegnania… Pierwsza było Tosi.
- Kochana, ja Ci życzę, abyś z Jumperem daleko zaszła, a zajdziesz. – powiedziałam.
- A ja co ci życzę? – powiedziała. – Trzymaj się tam bez nas, oby ci było dobrze w Austrii. – i przytuliła mnie.
Kolejna… Magda.
- Madzia. – popatrzyłam jej się prosto w oczy. – Masz wspaniałego konia, wspaniale jeździsz, daleko zajdziecie, jeśli nie będziecie się poddawać. I niech Ci będzie dobrze w stajni w Polsce. – uśmiechnęłam się.
- A ty Vera bądź szczęśliwa tam, gdzie będziesz, żeby Prez mógł dalej skakać i mam nadzieję, że za 4 lata w Rio będę mogła Cię oglądać. – uśmiechnęła się, po czy ja się zaśmiałam.
- Może, może… - odpowiedziałam uśmiechnięta. – Jeśli wszystko wypali. W każdym bądź razie jeśli pojedziemy, to na pewno się spodkami! – przytuliłam dziewczynę, i gdy odeszła, łza poleciała mi po policzku.
I Sabina. Tutaj nie musiałam nic mówić, po prostu przytuliłam ją i rozpłakałam się.
- Trzymaj się. – powiedziała i poklepała mnie po plecach.
- Niech Ci będzie dobrze w Rosewood, to wspaniała stajnia. – powiedziałam.
Otarłam łzy z policzka.
- Vera, trzymaj się tam w Austrii i trenuj z Prezkiem. – powiedziała Jess, której po policzkach pociekły łzy. – Spotkamy się jeszcze na jakiś zawodach, zobaczysz.
- Clinton da radę, tylko musicie w to uwierzyć. Daj znać, jak będzie lepiej. Może uda mi się przyjechać na jakieś Wasze zawody. – uśmiechnęłam się przez zaszklone oczy.
I Amy i Sam. Tutaj nie potrzeba słów. Teraz rozpłakałam się już nie na żarty. Przytuliliśmy się bez słów.
- Trzymaj się jakoś. – powiedziała Amy.
- Zobaczysz, wszystko się ułoży. – uśmiechnął się Sam, próbując mnie pocieszyć i gdy odeszli, przytulił dziewczynę, która płakała. Tak – stajnia to wielka rodzina.
- Rey. – powiedziałam. – Tobie sukcesów z Pamką, żebyś znalazł jakąś stajnię, w której oboje będziecie się czuli dobrze. – powiedziałam i przytuliłam chłopaka.
Potem jeszcze Charlotte, Luke, Dylan, Harry i Ryan… Już wsiadałam do auta, aż tu nagle znajoma bryka wjechała na podjazd.
- Russ? – zapytałam Matt’a, który chwycił kluczyki od stacyjki ze zdziwieniem.
Ostatnio się pokłóciłyśmy i nie było z nami dobrze i dlatego nie spodziewałam się, że przyjedzie. Obie wysiadłyśmy z auta i popatrzyłyśmy na siebie bez słowa, po czym podbiegłyśmy do siebie i rozpłakałyśmy się.
- A jednak przyjechałaś. – powiedziałam po chwili dalej w objęciu dziewczyny.
- A jak mogłam nie przyjechać? – powiedziała. – Byłaś dla mnie jak siostra.
- Naprawdę? – spojrzałam przez oczy pełne łez.
- Tak. – odpowiedziała i jeszcze raz mnie przytuliła.
Po chwili wsiadłam do auta, a Matt odpalił auto. Pomachałam wszystkim na pożegnanie i znowu łzy pociekły mi po policzkach.
- Matt, czemu w życiu wszystko musi być takie trudne? – zapytałam go płacząc.
- Zawsze czekają na nas zmiany, ale zawsze mają one pozytywny skutek. Widocznie miałaś teraz zamknąć stajnię, bo po miesiącu mogło się coś stać. – powiedział.
- Też tak czułam, i to jeden z powodów, z którym to zrobiłam.
Odwróciłam się i jeszcze raz spojrzałam na piękny krajobraz Crater Lake oraz oddaloną stajnie, gdzie duża grupka ludzi cały czas stała i wpatrywała się w oddal i usłyszałam rżenie. Konie też wiedzą, co się dzieje. A więc czas na zmiany, które będą miały pozytywny skutek… 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz